Strony

wtorek, 12 maja 2015

Uczeni w anegdotach cz2

Takim pochłoniętym do reszty pracoholikiem był także William Hamilton, który pracował zwykle, stojąc lub chodząc koło tablicy w swoim gabinecie wypełnionym książkami i papierami, które pokrywały grubą warstwą niemal całą podłogę z wyjątkiem wąskiej ścieżki prowadzącej do drzwi. Pracował tak po dwanaście i więcej godzin dziennie, zaniedbując wielokrotnie posiłek, który kazał służbie postawić gdziekolwiek, a potem o nim zapominał. Zdarzało się często, że talerz szybko ginął pod stertą nowych zapisków i dokumentów. Kiedy po jego śmierci zaczęto uprzątać gabinet, znaleziono wiele takich zapomnianych talerzy z resztkami jedzenia, a także w ogóle nienaruszonych. Oprócz nich znaleziono jeszcze wiele niedokończonych lub niewysłanych listów. Warto wspomnieć o jego listach. Pisał niesamowicie długie listy, dochodzące nawet do stu stron!
 
Innym pracoholikiem był William Herschel, któremu zdarzało się szlifować zwierciadło do teleskopu non stop przez szesnaście godzin. Bliscy, w trosce o niego karmili go w międzyczasie, wkładając kawałki jedzenia do ust.

 
William Hamilton
Guillaume Legentil

Niecodzienne oddanie nauce wykazał także osiemnastowieczny francuski astronom Guillaume Legentil, który wyruszył do Indii należących wówczas do Francji, aby obserwować przejście Wenus przed tarczą Słońca. Z uwagi na wojnę Francji z Anglią, która dała się odczuć także w tej kolonii, przybył na miejsce za późno i nie zdążył zaobserwować tego zjawiska. Ponieważ następne przejście Wenus przed tarczą słoneczną miało nastąpić za osiem lat, postanowił przeczekać ten czas na miejscu, nie chcąc ryzykować spóźnienia. Pech jednak chciał, że w dniu tym niebo było zasnute całkowicie chmurami i nic nie zobaczył. Jak w takich sytuacjach bywa, oczywiście poprzedniego i następnego dnia, niebo było bezchmurne... Ponieważ na następne takie zjawisko trzeba było czekać ponad sto lat, postanowił wrócić do Francji. Pech jednak nie opuszczał go. Zanim dotarł do domu, statek, którym podróżował, dwukrotnie rozbijał się, a kiedy w końcu dotarł do Paryża, po jedenastu latach nieobecności, okazało się, że wszyscy uważali go za zmarłego i jego majątek został już dawno podzielony między spadkobierców.

Choć zazwyczaj wielkie umysły są wielkimi indywidualnościami, często o niecodziennych cechach, to bywają jednak wśród nich wyjątki takie jak amerykański fizyk Robert Wood, który lubił stroić innym żarty, oczywiście często wykorzystując do tego celu naukę. Oto dwa z wielu jego żartów z czasów studenckich: Pewnego dnia skonstruował z kolegą wielką tubę z kartonu o długości prawie trzech metrów. Gdy koniec tuby był wystawiony przez okno, można było, mówiąc cichym głosem, być bardzo dobrze słyszalnym przez przechodniów na ulicy w znacznej nawet odległości. Razem z kolegą zabawiali się więc kosztem niespodziewających się niczego przechodniów, mówiąc na przykład: „Pan coś zgubił!”. W niejednym powstawało przerażenie, gdy słyszał obok siebie głos, chociaż dookoła nie było żywej duszy.

Robert Wood
Innym razem w drodze z domu studenckiego do laboratorium nabawił nie lada strachu zebranym w grupki czarnoskórym mieszkańcom dzielnicy murzyńskiej, gdy do pobliskiej kałuży wrzucił kawałek metalicznego sodu. Jak wiadomo, sód wrzucony do wody pali się gwałtownym żółtym płomieniem sypiąc iskry i dając kłęby białego dymu. Mijając więc wielką kałużę, Wood zakaszlał i splunął do wody, wrzucając do niej niepostrzeżenie wyjęty z kieszeni sód. Rozległ się głośny huk i cała ulica zapłonęła żółtym ogniem. Wśród Murzynów wybuchła panika; zaczęli uciekać, krzycząc coś o wysłanniku szatana plującym ogniem.

Na zakończenie naszej opowieści o niezwykłych uczonych, przytoczymy jeszcze dwa zdarzenia, którym bohaterem był Napoleon Bonaparte. Ten wielki przywódca należał do władców żywo interesujących się nauką i cenił naukowców. Sam zresztą miał duże zdolności matematyczne, ale ostatecznie wybrał jednak wojsko i politykę.
                  
Napoleon Bonaparte

Pewnego razu znany ówczesny pisarz Jacques Bernardin de Saint-Pierre poskarżył się Napoleonowi, że w Instytucie Narodowym, którego obaj byli członkami, nie wszyscy odnoszą się do niego z należnym szacunkiem. Napoleon po chwili namysłu zapytał: „Czy zna pan rachunek różniczkowy?” – „Nie, odparł zaskoczony pisarz”. – „Na cóż więc się pan skarży” – odparł Napoleon. Najwidoczniej w jego oczach członek Instytutu, który nie znał wyższej matematyki, nie zasługiwał na szacunek.
 
Kiedy w 1798 roku zorganizował wyprawę do Egiptu, zabrał ze sobą kilkudziesięciu uczonych, głównie matematyków, ale także astronomów, przyrodników, geografów, inżynierów, lingwistów i wielu innych. Mieli oni założyć w podbitym kraju Instytut Egipski, wzorowany na Instytucie Narodowym. Podczas jednej z bitew stoczonej przez oddziały inwazyjne padła znana komenda Napoleona: „Uczeni i osły do środka!”, która przeszła do historii ze względu na niezwykłe zestawienie słów. Był to jednak wyraz troski, jaką otaczano przedstawicieli świata nauki, a także zwierzęta juczne niezbędne w podboju Egiptu.

                               < Wstecz    1...4/4

Artykuł pochodzi z mojej książki pt. "Ciekawe, niezwykłe, zastanawiające. Część 2". Zapraszam na Stronę książki.

książki popularnonaukowe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz